fbpx
Skip to content

Królowie Swanetii cz.1

Swanetia przez długi czas pozostawała krainą z pogranicza legend. Najpiękniejsza, najbardziej niedostępna. Ojczyzna Swanów. Kim są Swanowie? Teorii na ten temat jest wiele, jak sami jednak mówią – nie są Gruzinami. Są Swanami.

Z pierwszej podróży do Swanetii pamiętam czarne baszty, gwieździste niebo nad Ushguli, ognisko płonące wysoko na przełęczy. Pijemy, wznosimy toasty, tak jak trzeba – za Boga, za trójcę świętą, za góry. Kobiety uczą nas gruzińskich tańców. Leje się alkohol, wódkę zapija się piwem.

– jesteś jak nasza siostra! Ja pijana, ona pijana, ty pijana – trzy dziewczyny – pijane! Haha, o mój Boże, co za wstyd! – Krzyczy mi do ucha jedna z Towarzyszek. Kobiety zdecydowanie nie powinny być pijane. Ze wszystkich swoich tradycji Swanowie jednak najbardziej dumni są ze swojej swobody. Może właśnie dlatego tańczymy w półszalonym korowodzie, pijani przy ogniu na górskiej przełęczy? Po policzkach ciekną mi łzy. Płaczę trochę od nadmiaru wódki, trochę ze szczęścia. Mogę na chwilę poczuć się wolna, tu w Swanetii. Choć to za sprawą wódki i górskiego powietrza. W drodze powrotnej popsuła się chłodnica w samochodzie, nasz gospodarz trochę się zmartwił jednak uznał, że bezsprzecznie i tak było warto katować maszynę stromymi podjazdami.

Co sprawia, że Swanowie są Swanami? Po pierwsze kochają Swanetię. Po drugie kochają wolność. I jeszcze swoje góry. Co jeszcze? Mają swój własny, niepisany język, swoją kulturę, swoje skarby i swoje tajemnice, których zazdrośnie strzegą. Każdy w Swanetii jest spadkobiercą wielowiekowej tradycji. Legend o swoich przodkach ginących w mrokach dziejów. Obyczajów, których sensu nie pojmie już nikt z zewnątrz. Po swaneckich cerkwiach rozsiane są pamiątki przeszłości. Kluczy dalej strzegą wyznaczone do tego rody, górami władają dawni bogowie, a rytm życia wyznaczają Słońce, Księżyc i cztery żywioły. Ponad tym wszystkim zaś są dwa najświętsze prawa – prawo gościnności i prawo krwawej zemsty.

W początku XX wieku Swanetia poznała koło, zaczęły powstawać drogi a po okresie chaosu lat 90-tych, cieszy się stabilizacją i świeżym wybuchem ruchu turystycznego. Jak wygląda turystyka po swanecku?

Moją drugą podróż do Swanetii rozpoczęłam o 21 w nocy na lotnisku w Kutaisi. Czy da się o tej porze dojechać nocą do Mestii? Wydawało mi się to wątpliwe, droga jest niebezpiecznie kręta, nad wysokimi przepaściami. Na parkingu zaczepia mnie Swan w ciemnych okularach – Kacha. Towarzyszy mu jeden staruszek i dwójka innych mężczyzn.

– Kuda? Mestia? My sami z Mestii, zaraz pojedziemy, nie ma problemu! – Błysk ciemnych okularów w ostatnich promieniach zachodzącego nad lotniskiem w Kutaisi słońca powinien mnie ostrzec, że kierowca nie powiedział całej prawdy. Ostatecznie jednak miarą wyjazdów do Gruzji jest przygoda.

A większość przygód w Gruzji niebezpiecznie łączy się ze słynną gruzińską czaczą. W ten sposób kilkadziesiąt kilometrów za lotniskiem zatrzymujemy się aby napić się i poznakomić. Mniej więcej wiem co to oznacza. A więc najpierw pijemy pod sklepem, trzy obowiązkowe toasty, a potem kolejne, których nie wypada odmówić, potem pijemy w samochodzie, następnie na parkingu, potem tańczymy na stacji benzynowej – wszyscy zapewniają mnie, że będą mnie wozić do Mestii za darmo, żebym tylko została w Gruzji! Następnie świta. Budzę się na bazarze w Zugdidi. Trwa poranna krzątanina, odziane na czarno, starsze kobiety rozstawiają swoje stoiska. Wynoszą arbuzy, pomidory, ogórki, butelki domowego wina oraz domowej roboty sery i kefiry. Kierowca otwiera drzwi i z szarmanckim gestem podaje mi jednorazowy kubeczek z gorącym napojem – pochodzącym zapewne z zardzewiałego automatu przy, którym zatrzymał się nasz samochód.

– Cappucino! –  Kawa, z automatu ale to i tak cudownie. Za chwile zjawia się także szlachtowany na gazecie przed straganem arbuz. Ledwie trzymam się na nogach, głowę rozsadza pulsujący ból i zbiera się na mdłości. A jednak ktoś ma tego poranka gorzej. W moim kierunku biegnie Brytyjska turystka i wita mnie spanikowanym „hello!”… „Nikt tu nie mówi po angielsku!”. Zabieramy turystkę, zabieramy parę osób spod dworca w Zugdidi. Są wśród nich polscy turyści, są i miejscowi. Jedziemy dalej. Zatrzymujemy się w połowie trasy, kiedy droga pnie się już niebezpiecznie w górę. Stoi tu bar, w którym obowiązkowo zatrzymują się wszyscy kierowcy marszrutek. Kacha już zamówił tłuste parujące ostri – mięsną potrawę w sosie, lokalne kubdari z mięsiem. I więcej czaczy. Na przemian wciska we mnie mięsne śniadanie i wódkę gwarantując, że zaraz poczuje się lepiej. Coś mi mówi, że jednak to tak nie zadziała. Wymykam się do toalety zwymiotować, Brytyjka siedzi zniecierpliwiona w samochodzie i czyta powieść na Kindlu. Tymczasem śniadaniowa uczta rozkręca się w najlepsze. Wracam i czeka na mnie kolejna porcja kubdari:

– Bo Swanowie to najbardziej gościnny naród, pamiętaj! Nie Megrelczycy, nie Kartlczycy, tylko Swanowie! Tylko!

Kiedy z powrotem wsiadamy do samochodu pojawiają się wątpliwości. Czy nasz kierowca nie jest aby pijany? Picie to na Kaukazie czynność rytualna, święta. Pić należy zwłaszcza za zmarłych! Tych, którzy zginęli w wypadkach, na krętej i niebezpiecznej drodze. Co jakiś czas przypominają o tym obowiązku kapliczki przydrożne z pozostawionymi w środku butelkami z wiadomym trunkiem. Nie istnieje tu prosta zależność między ilością wypadków a zawartością promili w organizmach kierowców. To przecież prastary kraj, żądzą nim przedwieczne i okrutne siły, nierzadko da się je przebłagać tylko krwawą ofiarą – może więc tu jadąc w podróż bezpieczniej wypić za zmarłych, niż tego nie zrobić? Z resztą Kacha uspokaja nas:

DSC00074

– Nie ma się co bać, z nami jedzie policjant, jak nas zatrzymają to nic nie będzie! – z tylnego siedzenia uśmiecha się młody chłopak, policjant z Mestii. Jest policjantem ale przede wszystkim jest z Mestii. Swoich nie wolno karać…

3 Comments »

    • dzięki! ja też już tęsknie za tym klimatem i krajobrazami. Ten kraj ma coś w sobie, że wciąga najczęściej na jednym wyjeździe się nie kończy!;)

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: